18 lutego 2017

KAIR - SPACEREM PO CENTRUM

Jestem tu prawie już rok, a wciąż nie potrafię pojąć, jak można tak zaniedbać tak piękne miasto jakim kiedyś z pewnością był Kair. Wszystkie fundusze ładuje się w budowę nowych miast na obrzeżach, a centrum tonie w śmieciach, przepiękne, stare kamienice są w opłakanym stanie, tylko nieliczne zostały odrestaurowane. Między nowymi / nowoczesnymi dzielnicami a starym centrum jest przepaść, spacer po brudnych chodnikach to średnia przyjemność, marzę o tym, by pewnego dnia znów zobaczyć Kair w swojej świetności...

Raz skusiłam się na pieszą wycieczkę po centrum i właściwie nie mam ochoty na więcej. A na zdjęciach to, co najładniejsze i najciekawsze :)












27 czerwca 2016

KAIRSKIE IMPRESJE - WSTĘP

I tak oto, po jesieni we Włoszech i zimie w Polsce, nadeszła wiosna w Egipcie. A może to już było lato? Kair w kwietniu powitał mnie słońcem i ciepłem, przyjemnym wiatrem, ale przede wszystkim wieloma zdziwieniami. O tych zdziwieniach będzie dużo teraz, na początku, dopóki nie staną się zupełnie normalnymi zjawiskami dnia codziennego. Mojego dnia codziennego w nowym kraju.

Przygotowywałam się do tej zmiany od wielu lat i właściwie przygotowałam się nieźle. Choć wiele rzeczy mnie dziwi, czasami wręcz szokuje, to muszę przyznać, że nie mam problemów z przystosowaniem się do tutejszego życia. A na przyszłość, żeby nie zapomnieć jak to było na początku, zaczynam moje kairskie impresje. Będzie odwrotnie niż we Włoszech - więcej czytania, mniej zdjęć.

WSTĘP
Czyli to, co dziwi na pierwszy rzut oka, nie wdając się w szczegóły (wdam się w nie później).

Lotnisko. Przylatujemy do starego terminala kairskiego lotniska międzynarodowego, a tam... dziwy nad dziwami. Sam terminal wygląda jak - przepraszam za wyrażenie - nigdy nieremontowana buda. Kolejek co najmniej 5, bardzo długich. Dwie przeznaczone tylko dla pasażerów samolotu z Arabii Saudyjskiej. To pielgrzymi z wiosek i miasteczek, wracający z omrah. Mężczyźni w tradycyjnych strojach -  galabijach, kobiety zaś w większości w burkach. Torby i walizki trzymają na głowach. Panuje totalny chaos, kontrola trwa w nieskończoność, a jest 3 rano. Przed terminalem tłumy oczekujących - na podróżnych z Arabii. [Na pocieszenie pamiętam, że istnieje też nowe lotnisko międzynarodowe w Kairze, zupełnie przyzwoite].

W ogóle noszenie na głowie bardzo mi się podoba, a już jazda na rowerze z ogromną tacą pełną chleba na głowie, to dla mnie mistrzostwo :)



Rano, pod naszym oknem, przejeżdża pan na wozie ciągniętym przez osiołka, sprzedający np. fasolkę na śniadanie. Albo warzywa. Chleb. Krzyczy, co sprzedaje, a kto chętny, wygląda przez okno i mówi ile chce, na sznurku spuszcza wiaderko z pieniędzmi, pan ładuje do wiaderka i z powrotem wciąga się je na górę. Najprostsze rozwiązania są najlepsze!


Ludzie. Mili i nienachalni. Nienachalni zapewne dlatego, że nie przyjechałam tu jako turystka i na razie wszędzie chodzę w towarzystwie męża. Za to każdy pomocny i uśmiechnięty. Sąsiedzi witający mnie słodkościami, a mała Arła, córka portiera (każdy budynek ma tu portiera, który jest zwykle przybyszem z południowego Egiptu, nie mającym grosza przy duszy) z zaciekawieniem podbiega, żeby mi się przyjrzeć. Boso, z szeleszczącymi "złotymi" bransoletkami na rękach i równie złotymi kolczykami. Po kilku tygodniach i stosie czekoladek z Polski, z pewną nieśmiałością przybijamy sobie piątkę na powitanie.

To, co zaskoczyło mnie najbardziej, to różnice. Klasowe - bardzo widoczne na ulicach, ale także poszczególne dzielnice Kairu często dzieli przepaść. Nieodnowione, czasami wręcz walące się budynki, tonące w śmieciach, brak chodników i dziury w drogach, jakich świat nie widział kontra nowe dzielnice np. 5th District, New Cairo czy 6th of October City - wille, zamknięte osiedla z basenami i parkami w środku, przepiękna architektura, centra handlowe na miarę XXI w., mnóstwo zieleni i kwiatów, idealne drogi i zupełnie czysto - można się zakochać i zostać na zawsze. Egipt to biedny kraj, ale patrząc na to ile się tu buduje domów, bloków, całych osiedli, to trudno w to uwierzyć. Zwłaszcza, że chętnych do kupna nie brakuje, a ceny, choć oczywiście trochę niższe niż w Europie, jak na tutejsze warunki są bardzo wysokie. Są też dzielnice takie... normalne, może nie lśniące, ale da się żyć, zielone i całkiem ładne. Klimatyczny, stary i urzekający Zamalek, czy pełne obcokrajowców Maadi. 

 New Cairo
Widok na Stary Kair
Zamalek
Giza
 
Urzędy. Ogromnego szoku doznałam w urzędzie, w którym składałam wniosek o zameldowanie. Budynek przy Tahrir Square, ogromny, a w środku... dziki tłum i totalny chaos. Przy okienkach zasada - kto pierwszy (i silniejszy, i bardziej zdeterminowany) ten może coś załatwi. Urzędnicy zapisują wszystko ręcznie, w księgach, komputery (raczej wiekowe) można policzyć na palcach jednej ręki. Ludzie - przegląd wszystkich ras i narodowości. Szczęściarz, kto znajdzie sobie kawałek wolnej przestrzeni i nie musi wdychać dwutlenku węgla wydychanego przez innego petenta. Ale, żeby nie było, pani urzędniczka, wręczając mój paszport z wizą na rok mojemu mężowi, powiedziała (zupełnie na poważnie) - Proszę dbać o żonę i opiekować się nią tutaj, jest pan za nią odpowiedzialny.
No.

Czas. Oj, Egipcjanie mają go bardzo dużo... Więcej nawet niż Włosi. Wiza miała być za 2 tygodnie, była za 5 tygodni (w międzyczasie skończyła mi się turystyczna wjazdowa, ale nikt się tym nie przejął). Internet padł. Tzn. nie padł, tylko zmieniono nam nr telefonu (nie informując nas o tym), a był to nr kogoś innego, kto nie płacił rachunków i mu odcięli telefon. Ale nie tak do końca odcięli, bo jednak jeszcze był na jego nazwisko... Ale nie w tym rzecz. Dowiedzieliśmy się o tym przypadkowo, kiedy nagle przestał działać internet. Okazało się, że coś tam naprawiają, zmieniają, internetu nie będzie 2 dni. Ostatecznie prace trwały 5 tygodni, a jak już włączyli, to... internet dalej nie działał. Pomogła dopiero wizyta w oddziale z wypowiedzeniem umowy - stał się cud i internet śmiga, że hej.

Jest noc. A konkretnie 00.30. Domofon. Przywieźli wyprasowane pranie z pralni. Bo życie Egipcjan toczy się nocą. Wizyta u lekarza? Przyjmuje od 21. Zakupy? 1 czy 2 w nocy, proszę bardzo. Nie mówiąc o knajpach, w których siedzieć można do rana. Ulice zatłoczone do późnych godzin nocnych (czyt. godziny szczytu są tu tak od 15 do północy). Jednak gdyby się komuś zdrzemnęło w czasie Ramadanu, nic straconego. "Wolontariusze" (chciałabym któregoś z nich spotkać, ale on raczej by nie chciał), przejeżdżają ulicami (i małymi uliczkami też) przed wschodem słońca (czyli koło 3 rano) waląc nie wiem w co i krzycząc tak, że trup by wstał. Żeby nie przegapić Suhur (ostatniego posiłku), wiadomo. No ale wielowiekowych tradycji się nie zmieni...

Rozpisałam się, ale to i tak kropla w morzu. Bo tak naprawdę moje pierwsze wrażenie jest pozytywne.  A może to tylko złudzenie? Albo ekscytacja nowym miejscem jeszcze nie minęła? To się okaże z czasem...




9 listopada 2015

VAL D'ORCIA JESIENIĄ

Val d'Orcia to podobno najpiękniejsza część Toskanii - ja się zgadzam, bo jest naprawdę zachwycająca. Tym razem udało nam się wybrać do Montalcino, które słynie z fantastycznego wina, a przy okazji jest uroczym miasteczkiem (oczywiście na wzgórzu), z zapierającymi dech widokami...


















1 listopada 2015

JESIENNA TOSKANIA

Zwracam honor włoskiej jesieni... Może w Rzymie jest taka sobie, ale wystarczy wsiąść w samochód i ruszyć w siną dal, a raczej w piękną złotą dal! Do Toskanii. Toskania nigdy nie zawiedzie. Tam zawsze chce się wracać - i do klimatycznych miasteczek na wzgórzach, i do pól winorośli czy drzewek oliwnych, i do alejek cyprysowych... To miejsce wyjątkowe w swoim rodzaju, relaksujące, zachwycające, po prostu wspaniałe.

Ostatni dzień października spędziłam w okolicach Chianti, z króciutkim sparem po Florencji, która jest przepiękna, a katedra Santa Maria del Fiore zapiera dech oraz przeciętnemu miłośnikowi fotografii spędza sen z powiek (olbrzymi budynek na małym placu, otoczony ciasno kamieniczkami i milionem turystów), zrobić jej bowiem ładne zdjęcie to nie lada sztuka (no chyba, że z tarasu widokowego).

"Najciekwszym" jednak doświadczeniem było odwiedzenie Volterry. Z Florencji wyjechaliśmy przed 16. Teoretycznie miało to być ok. 50 km drogi, więc wierzyłam głęboko, że zdążymy przed zachodem słońca. Okazało się jednak, że Volterra to miasto widmo. Najpierw nawigacja stwierdziła, że "route is impossible", no ale po kilku próbach, postanowiła nas zaprowadzić jednak do starego miasta Volterry. Znaków drogowych nie było do czasu, kiedy nawigacja oświadczyła, że "you have reached your destination" - wtedy na drodze ukazał nam się pierwszy znak - Volterra 30 km. Mimo że słońce było już dość nisko, postanowiliśmy jednak zawalczyć... Po ok. 40 minutach jazdy krętymi dróżkami, tracąc z każdym kilometrem nadzieję, że Volterra naprawdę istanieje, czując się jak "in the middle of nowhere", dotarliśmy!!! Przegrywając jednak z czasem. Było już zupełnie ciemno. Pośród tysiąca biegających w wąskich uliczkach i krzyczących (w końcu włoskich) dzieci, przebranych za czarownice i inne halloweenowe stworki (potworki), nie widząc absolutnie nic prócz ogromnego zamku, zjedliśmy po kawałku pizzy, kupiliśmy kawałek cudownego lokalnego sera owczego i ruszyliśmy w drogę powrotną... Volterrę zapamiętam na bardzo długo, choć kompletnie nie wiem jaka jest... Taki to był halloweenowy wieczór...

Podsumowując - było słonecznie, kolorowo, zachwycająco (do zachodu słońca). A ten, kto wymyślił zmianę czasu, niech się pocałuje w ... nos!

Zdjęć z Volterry brak.

Szukaj dróg, gdzie jasny dźwięk,
Wśród ogni złych, co budzą lęk,
Nie prowadź nas, powstrzymaj nas,
Powstrzymaj nas w pogoni...

Świecie nasz, świecie nasz,
Chcę być z tobą w zmowie,
Z blaskiem twym, siłą twą,
Co mi dasz - odpowiedz!

/M.Grechuta/